Maroko spoko!

28 Marzec 2010, 12:13 Tagi: , , ,

11-17 marca

Do Maroka leciałam z Bergamo (Italy), gdzie spędziłam 3 dni u koleżanki Ilarii. Tak o to przywitałyśmy Mleko (mego męża) na lotnisku 🙂

W przeciwieństwie do pogody marcowej w Polsce w Maroku jest ciepło, słonecznie i przyjemne. Nawet jeśli pada deszcz do jest ciepło.

Odwiedziłam z mężem trzy miasta i trasę kolejową w kierunku Algierii (Taza) 🙂 Jadąc tam słyszeliśmy, że porozumieć się można tylko po francusku, a jednak angielski jest tam znany jak i inne języki (głównie na sukach, czyli targowiskach).

Ludzie są bardzo przyjaźni i pomocni dla turystów, co mogliśmy doświadczyć osobiście. W samolocie do Fezu poznaliśmy kilkoro polaków, którzy zaoferowali nam pomoc w dojechaniu do centrum miasta. Tak „złapaliśmy stopa”:)  Przy okazji dołączył do nas Czech mówiący po polsku (czego to się nie zrobi dla polki)

Wracając do tematu…Taką miłą gromadką udaliśmy się na dworzec (gara; najczystszy jakikolwiek widziałam) kupiliśmy bilet, przeczytaliśmy na którym peronie odjeżdża i się załadowaliśmy. Po 1,5 godzinnej podróży sprawdzający bilety konduktor poinformował nas o złym kierunku jazdy:) Podróż z przygodami, to jest to! Konduktor umiał angielski, więc się nami zaopiekował, tak bardzo, że o 21 wieczorem zadzwonił do właściwego pociągu, ze ma zbłąkanych pasażerów i cały pociąg czekał w ciemnościach na dworcu na pociąg w przeciwnym kierunku. Dworzec nie miał żadnej lampy, ławki, wszędzie w koło pola. Po prostu ciemność. Po 15 minutach znaleźliśmy się we właściwym pociągu jadącym do Rabatu.

Na miejscu byliśmy o 2 w nocy, gdyż deszcze spowodowały obsunięcie się gliniastej ziemi na tory. Współczułam ludziom, którzy o tak późnej porze z łopatami odkopywali tory. To była naprawdę syzyfowa praca.

Oczywiście jak to my, lecieliśmy do Maroka na żywioł, więc nie mieliśmy zaklepanego noclegu. A tu 2 w nocy…

Nie trzeba się martwić. Podeszła do nas Pani i zaoferowała pomoc. Zaprowadziła nas do hotelu gdzie spała. Standardy hotelowe, hmmm… zobaczcie na zdjęciach:) Jakość rekompensuje przemiła obsługa, od której możesz się dowiedzieć gdzie, co jest i co pokazują stare zdjęcia w hotelu.

To, co mi się spodobało, tak jak na Malcie – poukładany chaos uliczny. Próbowaliśmy przejść wielkie rondo, które nie miało pasów za to z mnóstwo samochodów i jednego policjanta, który reagował tylko w trudnych momentach. Tam nie potrzebują ludzi do pilnowania ruchu, oni jakoś płynnie działają. Oczywiście pieszy ma mniejsze prawa niż samochód, ale jakoś egzystują ze sobą, bym powiedziała bardzo dobrze:)

Uroda Marokańczyków mnie zachwyciła, te wielkie ciemne oczy jak spodki kosmiczne! Można się zauroczyć:) Po 5 dniach się opatrzyłam i zwracałam uwagę na tych najciekawszych.

Cały dzień w nowym otoczeniu pozostawił mi sny i to, nie o pięknych mężczyznach czy kobietach, tylko o biednych ludziach. Naprawdę biednych, bez butów, ciepłych rzeczy, proszących o jedzenie. Widzieliśmy straszne jak dla europejczyków sceny.

Jedząc obiad podeszłą do nas dziewczynka i na migi pokazywała na jedzenie. Otrzymała od nas ziemniaka w panierce i za chwilę słychać płacz i wrzask. Obracam się a jej matka (ciężko mi napisać mama) gryzie ja w rękę, uderza dłonią w twarz dziecka i krzyczy. Dlaczego? Dziewczynka jadła ziemniaka i dostała karę, bo się nie podzieliła z pozostałymi.

Dwuletni, a może trzyletni chłopiec odszedł on mamy i nie reagował na zawołania, dlatego też otrzymał uderzenie w głowę. Naprawdę to jest inna kultura, szokująca nas europejczyków.

Miasto Tanger, stolica Maroka. Urzekli mnie sprzedawcy i ocean.

Po raz pierwszy moczyłam nogi w Oceanie Atlantyckim!

Ozdobiłam sobie ręce henną, jadłam pyszne rzeczy. Odkryłam smaczne ślimaki. Nauczyłam się korzystać z toalety na małysza bez ubrudzenia się:)

Spacerując i błądząc znaleźliśmy miejsce na wypicie herbaty z miłym widokiem, gdzie mężczyźni widząc kobietę w ich miejscu są zdziwieni, ale akceptują turystkę.

Meknes – małe, ale piękne. Odwiedziliśmy muzeum rzemiosła z przemiłym przewodnikiem. Naprawdę warto zobaczyć te działa sztuki i dowiedzieć się więcej o ich tradycjach!

Idąc na spacer obeszliśmy całe mury obronne i zobaczyliśmy ciekawe miejsca i ludzi. Błądzenie jest naprawdę w tym państwie ciekawą rzeczą. Zawsze coś się odkryje, a to budynek, jedzenie, rzemiosło…. Tęsknię za słodyczami, które układają w stożki i oliwki z papryką… ślinka cieknie.

Pijąc wspaniałą herbatę zaobserwowaliśmy, iż np. buty sprzedawane w koszach należą do jednej osoby (boss`a wyglądającego jak z serialu „Policjanci z Miami”), a sprzedają młodzi. To wygląda jak mała firma. Osobiście wolę wspierać małych sklepikarzy.

Co najważniejsze znaleźliśmy uliczkę sklepów z przecudownymi, kolorowymi dywanami, materiałami. Człowiek nie wie, co mu się bardziej podoba. Dostałam oczopląsu i zastanawiałam się nad przyjazdem tu tirem:)

Fez – najbardziej krzykliwe, handlowe miasto. W tym mieście można znaleźć sprzedawców, którzy są nastawieni na tylko zysk i myślą, że jak powiedzą do ciebie „Jesteś piękna” to Ty zapłacisz każdą cenę za towar, jaką on sobie zażyczy. Jednak my z założenia stwierdziliśmy, że zarobić damy starszyźnie, osobom, które same prowadzę sobie sklep, a nie korporacją. Sprzedawcy często zgadują skąd dany turysta jest i co najciekawsze celnie strzelają. Ich ulubione wyrażenie to „Maroko spoko”:)

Fez ma wiele zabytków, które można podziwiać trzymając głowę do góry, gubiąc się w uliczkach i wszędzie zaglądając. Mieszkaliśmy w hotelu z miłym panem i widokiem na główną bramę. Kawa w małym sklepie na uboczu, poza hałasem, tłokiem, to jest to. Ludzie obserwują Cię, jesteś dla nich nowinką, ale są mili.

Porcelana z Fezu zdobiona błękitem, wyroby skórzane w wielu kolorach, pasmanteria z jedwabnymi nićmi w takich odcieniach, że…. dech zapiera. Te nici, tasiemki mnie przerosły i nic nie wybrałamL

Powrót był jednym z kolejnych miłych sytuacji. W przewodniku przeczytaliśmy, że autobus jeździ, co godzinę, ale żadną określonąJ, więc z nastawieniem na czekanie udaliśmy się na przystanek. Pięć minut minęło i nadjechał autobus. Siedzenia metalowe, które się bujają, w podłodze dziura, w środku budka z panem sprzedającym bilety i sama młodzież. Wszyscy nas uważnie obserwowali, że czuliśmy się jak małpki w ZooJ Na koniec machali nam na pożegnanie.

Na lotnisku dowiedzieliśmy się, że ponownie musimy wypełnić formularz pobytu w Maroku i trzeba stanąć w kolejce do odprawy, aby podbili naszą kartę pokładową, (chociaż odprawiliśmy się online). Na strefie bezcłowej nic ciekawego a ceny wysokie w Euro – np. czekolada za 6 euro:)

Maroko ma pyszne jedzenie (jedliśmy tylko tam gdzie tubylcy, mało, że dobre to tanie i przyjemniejsze środowisko), owoce, soki, herbatę i ŚLIMAKI. Zaznaczę, że nasze żołądki nie miały żadnych kłopotów.

Ciepły klimat, piękne rękodzieło i kolory potrafią zauroczyć. Co w moim przypadku nastąpiło. Wracając stwierdziłam, że to będzie moje miejsce takie na całkowity relaks. Wiele ludzi wybiera ciepłe kraje jak Tunezja czy Egipt z pięciogwiazdkowym hotelem, basenem, ja wybieram Maroko ze słońcem, kolorami, wolnością wyboru zwiedzania samemu i nieznajomością języka, co pozwala odciąć się od wszelakich problemów. W samolocie już planowałam podróż z powrotem – lecę w maju na 4 dni. Już nie mogę się doczekać, zaczynam uczyć się liczb po hiszpańsku, gdyż w Tangerze ten język będzie pomocny.

Teraz czas na polski wątek, który mnie zaskoczył. Przed wrocławskim lotniskiem na pasach dla pieszych przejechała 5 cm od moich stóp taxówka (mam twarz tego kierowcy w pamięci!). Oczywiście kierowca jeszcze mnie okrzyczał że co ja robię, zamknęłam mu lusterko i że nie stoi się na pasach. Przechodziłam na pasach i jeszcze za to oberwałam, a policji nie ma kiedy potrzebni. Takie powroty jeszcze bardziej mnie dobijają. Mało że zimno, śnieg to i niemili ludzie na przywitanie.

Pierwszy dzień po powrocie to próba stworzenia sobie namiastki klimatu Maroka, za pomocą herbatki i serwetek. Niestety daleko mi do specjalisty parzenia marokańskiej herbaty:)

Liczę na to, że praktyka czyni mistrza i kiedyś mi się uda.  Jak dojdę do perfekcji parzenia to na pewno napiszę.

Zapraszam do oglądnięcia zdjęć na moim albumie Picasa.  Zainteresowanych informacjami o kosztach noclegów, przejazdów, jedzenia  zapraszam na blog mego męża – Mleczne podróże